Reklama
  • Poniedziałek, 21 stycznia 2013 (11:28)

    Agnieszka Więdłocha. Jestem nieśmiała - jakby z innej bajki

Nie ma nic wspólnego z przebojową Beatą z „Lekarzy”, przypomina raczej Lenę z „Czasu honoru”. Jest delikatna, nieśmiała, trochę niedzisiejsza, ale doskonale wie, czego chce. Kłopot polega tylko na tym, że – jak sama twierdzi – chce bardzo wiele.

Delikatny uśmiech sprawia, że wydaje mi się trochę zagubiona. Zdejmuje rękawiczki z jednym palcem, ciut za duże.

„To mamy, jeszcze ze studiów” – śmieje się, widząc moje zaciekawione spojrzenie. „Mam pełną szafę rzeczy po mamie i babci. Bardzo je lubię” – mówi.

Reklama

Bez trudu wyobrażam ją sobie w sukienkach sprzed 20 czy 30 lat. Jakim cudem taka dziewczyna z innej epoki robi karierę w świecie, który nie toleruje słabości?

O.: Mało o tobie wiadomo. Nie udzielasz wywiadów, nie bywasz bohaterką skandali, nie chodzisz na bankiety…

A.W.: Czasem się nad tym zastanawiam. Może jakiś skandal wymyślę. Wzrośnie zainteresowanie... A na bankiet czasem nawet mam ochotę pójść. Gdy dostaję zaproszenie, myślę: „Super, ubiorę się w jakąś kieckę i będzie fajnie”.

A im bliżej, tym częściej myślę: „Po co właściwie? Lepiej pójdę do kina albo z przyjaciółmi na piwo”. I w końcu nie idę. Byłam kilka razy, a potem opisali mnie na portalach i w plotkarskiej prasie. Nie chcę być obgadywana. Trochę krępuje mnie popularność.

O.: Ale przecież i tak piszą…

A.W.: I ja się dziwię. Kiedy pojawiłam się w „M jak miłość”, pytali, skąd się wzięłam. Gdy odeszłam z „emki”, pisali, że nienawidzę Mroczka, co jest bzdurą, że w głowie mi się przewróciło, że gwiazdorzę...

O.: Może jesteś za grzeczna na aktorkę.

A.W.: Może… W dodatku dość młodo wyglądam i ludzie często traktują mnie jak dziecko. Mówią do mnie: malutka. To miłe, ale mam 26 lat i czuję się dorosła (śmiech). I chyba wcale nie jestem aż taka grzeczna.

Dziwię się, że moi przyjaciele ze mną wytrzymują. Bo ja codziennie mam doła. Muszę przyznać, że jestem bardzo depresyjną osobą. Czasem myślę: „Ile można spotykać się z kimś, kto cały czas marudzi i komu jest całe życie źle?”.

O.: Budzisz się rano i myślisz: „Dziś znów będzie kiepsko”?

A.W.: Mniej więcej. Poranne dochodzenie do uśmiechu trwa u mnie bardzo długo. Rano działam „na automacie”.

Wstaję, wypijam szklankę wody, którą mam przy łóżku, potem biorę prysznic z jakimś pięknie pachnącym płynem do mycia, robię kawę, włączam radio.

I cały czas powtarzam sobie w myślach: „To będzie naprawdę dobry dzień, niczym się nie martw”. Ale niedawno takie zaklinanie rzeczywistości nie pomogło, nie potrafiłam sama się pozbierać.

Napisałam SMS do przyjaciela. A on… nie odpisał. Zrobiłam się wściekła: „Jak mógł nie odpisać?!”. Odezwał się po dwóch dniach: „Przepraszam, nie miałem nic na koncie. Nie mogłem się odezwać, ale poradziłaś sobie, prawda? Zawsze sobie radzisz”. To prawda, radzę sobie.

W tym konkretnym przypadku depresja przeszła mi ze złości, więc właściwie to, że nie odpisał, wyszło mi na dobre.

O.: Co było w tym SMS-ie?

A.W.: Napisałam, że jadę na próbę, ale mi się nie chce, że chciałabym cały czas mieć na coś w życiu ochotę, a nie mam, że jest piękna jesień, ale wcale mi się nie podoba i że znowu jest we mnie taki strach, który mnie paraliżuje.

To pewnie nawet zabawnie brzmi, jak tak opowiadam, ale ja naprawdę jestem wiecznie nieszczęśliwa…

O.: Przed czym ten lęk, czego się boisz?

A.W.: Wszystkiego. Jestem chyba zbudowana z samych wątpliwości. W dodatku dotyczą one nie tylko ważnych, ale nawet najprostszych spraw.

Wiesz, że nie jem słodkich jogurtów, bo nie potrafię wybrać smaku? Poza tym chyba wszystko dzieje się dla mnie za szybko.

Tyle jest rzeczy, których bym chciała spróbować, nauczyć się, zdobyć, i paraliżuje mnie to, że nie wiem, do czego się najpierw zabrać.

Chciałabym skoczyć ze spadochronem, nauczyć się nurkować, jeździć konno, polecieć do Kambodży i Peru, nauczyć się hiszpańskiego, portugalskiego i chińskiego.

Czasem przeglądam kolorowe magazyny i dech mi zapiera: tak bym chciała wyglądać, tak się ubierać, zagrać w takim filmie. Z jednej strony wierzę, że wszystkie sukcesy i porażki zaczynają się w głowie. Że poza tym, co sami sobie narzucimy, nie ma innych ograniczeń.

A świat mi czasem pokazuje, że jednak są. Nie umiem się z tym pogodzić. Jestem strasznie zachłanna na życie i boję się, że zwyczajnie na wszystko nie starczy mi czasu.

O.: Dlatego nie masz prawa jazdy?

A.W.: Trochę to także wina mamy, bo jak koleżanki robiły prawo jazdy, powtarzała: „Najpierw zdaj maturę”. A później już nie miałam kiedy.

Najpierw studia w szkole filmowej, teraz praca. Nie mam nawet czasu, żeby zapisać się na kurs, a co dopiero żeby chodzić! Ale za to mam dwa rowery. Jeden w Warszawie, drugi w Łodzi, u rodziców.

To prawdziwe błogosławieństwo – nie stoję w korkach, nie szukam parkingu. Kiedyś może zrobię prawo jazdy, ale teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie.

Zaraz lecę na pokaz filmów azjatyckich – nie będzie ich w kinach, muszę obejrzeć…

O.: Naprawdę jesteś trochę niedzisiejsza. Z techniką też bywasz na bakier?

A.W.: Bywam. Nie lubię telefonów, SMS-ów, komputerów... Czasem znajomi wkurzają się, że nie odbieram telefonu, nie oddzwaniam, nie odpisuję. A ja po prostu wolę się spotkać twarzą w twarz, posiedzieć razem, pogadać. Pierwszą komórkę dostałam, jak miałam 16 lat i przez dwa lata jej nie używałam. Ostatnio rozmawiałam przez Skype’a – pierwszy raz w życiu (śmiech). No, nie śmiej się ze mnie. Staram się odnaleźć w tych czasach. Ale myślę, że lepiej czułabym się w dawnych.

O.: To dlatego nosisz ubrania swojej mamy i babci?

A.W.: Nie wiem, czy dlatego. Po prostu je lubię. Ciągle noszę kożuch mamy, który jest starszy ode mnie, jej buty, świetne torebki, babcine sukienki, piękną sztuczną biżuterię, którą dostała od dziadka. Moda wraca, a to są rzeczy znakomitej jakości. Są wieczne, w porównaniu z tym, co czasami kupuję w sieciówkach. Kiedyś śmiałam się z mamy, że jest chomikiem i niczego nie wyrzuca. Dziś jestem jej za to wdzięczna. Na szczęście mamy duży dom…

O.: W domu twojego dzieciństwa czuć było ducha dawnych czasów?

A.W.: Zdecydowanie. To był dom, który wybudował dziadek. Do dziś są w nim przepiękne secesyjne tapety, złote z łososiowo-różowymi kwiatami. Wyglądają jak nowe.

Chciałam je nawet zedrzeć i zabrać do Warszawy, ale mocno się trzymają (śmiech). Uwielbiam te wysokie pokoje, stare meble. I balkon, na który zawsze przylatywało mnóstwo ptaków. Tuż przy nim rosła czereśnia.

Miałam pięć lat, jak się zakochałam w moim 15-letnim sąsiedzie, który przychodził do nas zrywać te czereśnie. Do dziś pamiętam ich smak.

O.: Wychowano cię także tradycyjnie?

A.W.: Chyba nie. W naszym domu nigdy nie było żadnych zakazów ani nakazów. Rodzice dawali mnie i mojemu młodszemu bratu ogromną wolność. Mama zawsze bardzo nam ufała. Mogłam pójść na imprezę i wrócić dopiero nad ranem lub nocować u koleżanki. Nikt nie robił z tego problemu.

O.: Stąd ten twój spokój?

A.W.: Raczej z przekory (śmiech). Mój tata jest strasznym nerwusem. W naszym domu zawsze były awantury. Drobiazg potrafił go wyprowadzić z równowagi i wtedy słyszał go cały dom. Ba! Całe osiedle! Wstyd straszny!

Potem szybko się uspokajał, jednak w domu wciąż było głośno. To był element krajobrazu. I może przez to ja zawsze mówię bardzo cicho. Po cichu słucham muzyki, oglądam telewizję. Nawet krzyczę cicho. A do niedawna w ogóle nie umiałam.

Reżyser Mariusz Grzegorzek, z którym robiłam spektakl „Dybuk”, kazał mi krzyczeć. Darłam się najgłośniej, jak potrafiłam, a on powiedział: „Masz taki donośny głos, a nie potrafisz krzyczeć”.

Kazał mi zamykać się w sali prób i krzyczeć. W spektaklu się drę, ale to nie wypływa ze mnie. Nie lubię krzyczeć.

O.: Krzyk nie kojarzył ci się z zagrożeniem, że rodzice się rozstaną?

A.W.: Nie, nigdy. Moi rodzice świetnie się dobrali, pomimo tego, że mój tata jest psychicznym terrorystą. Ale to dobry facet. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie panuje nad emocjami, ale nie potrafi nic z tym zrobić.

Natomiast zawsze bardzo nas kochał: moją mamę, mnie, brata. Dawał nam ogromne poczucie bezpieczeństwa. To był zawsze bardzo kochający dom, zawsze mieliśmy wszystko, czego chcieliśmy. Nigdy się tego jego krzyku nie bałam.

Wiesz, to jest tak: pokrzyczy, pokrzyczy, ale od razu przytuli. Bo złość mija mu błyskawicznie. A mnie nie przechodzi tak szybko.

O.: Jakich mężczyzn szuka córka takiego dominującego ojca?

A.W.: Paradoksalnie mój tata wcale nie jest taki silny. On po prostu nadrabia krzykiem, bo w środku jest dzieckiem. Bez mojej mamy tata nie umiałby żyć. Jak to wpływa na wybór facetów? Nie wiem. Taty bali się wszyscy moi koledzy.

Miałam paczkę kumpli, z którymi włóczyłam się po Łodzi, i jak przychodzili po mnie, to zawsze jeden odważny dzwonił do drzwi i pytał, czy wyjdę, a reszta chowała się za garażem. To było nawet zabawne. Ale to mama jest w naszym domu opoką rodziny.

Wiem na pewno, że po niej mam tę siłę. W spadku dostałam też intuicję, ale nie zawsze jej ufam, a potem żałuję. Mama zawsze powtarzała mi, żebym się nie zamartwiała. I nie powiedziała jednego złego słowa, gdy znienacka zmieniłam życiowe plany. Miałam zostać stomatologiem, jak babcia.

Uczyłam się w klasie biologiczno-chemicznej, na maturze zdawałam biologię, chemię i fizykę, złożyłam papiery na uniwersytet medyczny. Ale poszłam też na egzamin do filmówki, sama nie wiem, co mi strzeliło do głowy (śmiech). No i dostałam się.

Natychmiast zadzwoniłam do mamy, a ona się ucieszyła. Gorzej było z tatą, on wolał, żebym miała solidny fach w ręku. Gdy mama mu powiedziała, był w szoku (śmiech). Ale dziś jest dumny, gdy widzi mnie w „Czasie honoru” czy w „Lekarzach” albo teatrze.

O.: Jak się przygotowywałaś do „Czasu honoru”? Rozmawiałaś z dziadkami?

A.W.: Bardzo dużo. Te rozmowy i, oczywiście, scenariusz były dla mnie prawdziwą lekcją historii. Myślę, że młodzi ludzie w tamtych czasach tak naprawdę stawali przed podobnymi problemami jak my.

Ostatnio byłam na spotkaniu w Kielcach. Razem z widownią i innymi aktorami z „Czasu honoru” oglądałam film o cichociemnych. Potem mówiłam, jakie to niesamowite przeżycie grać w tym serialu. Wśród widzów był pewien pan, który walczył w partyzantce. Wstał i powiedział: „No tak, ale my się nie zastanawialiśmy, czy opłaca się walczyć, ginąć za kraj, bo to było takie normalne jak oddychanie”.

I pomyślałam sobie: My tu takie banały gadamy, a ten pan zamknął wszystkim usta. To było proste i takie prawdziwe. Miałam łzy w oczach.

O.: Zaledwie cztery lata temu skończyłaś studia, a już dużo grasz... Dostajesz wszystko, o czym zamarzysz?

A.W.: Ale tak naprawdę na wszystko ciężko pracuję. Wcale nie jest łatwo zbudować postać, by była wiarygodna. Trzeba znaleźć na nią sposób, wyszukać emocje, przeżyć, a jednocześnie nie oddać całej siebie.

Reżyserka Anna Augustynowicz, z którą uwielbiam pracować, powtarza zawsze: „To widz ma przeżywać, aktor ma grać”. Tak jest z Beatą z „Lekarzy”. Ona jest zawsze do przodu, niczego się nie wstydzi, a ja wstydzę się cały czas.

Dlatego właśnie tak ciężko pracuję, żeby mieć wszystko pod kontrolą i nie wstydzić się przed innymi, ale także (a może bardziej) przed sobą.

O.: A może ładnej aktorce jest łatwiej?

A.W.: Kiedyś mi się wydawało, że uroda może dodawać pewności siebie. Że wtedy łatwiej przejść przez życie. Ale to nie jest prawda.

Z moją  nieśmiałością nie pomogłaby nawet uroda Marilyn Monroe. Myślę, że gdybym była bardziej pewna siebie, potrafiłabym zrobić więcej fajnych rzeczy.

O.: Przegrałaś kiedyś jakiś casting?

A.W.: No pewnie, przegrałam strasznie dużo castingów. Niektórych okropnie mi żal. Ale jak patrzę, kto wygrał, to myślę sobie, że i tak nie miałam szans. Przegrać z taką Agnieszką Grochowską to naprawdę nie jest wstyd. Wcale się nie dziwię ani producentom, ani reżyserom, bo sama bym wolała ją zatrudnić. I przyjmuję to absolutnie spokojnie, bo myślę sobie, że i na mnie przyjdzie czas.

Ale nie narzekam, gram w świetnych serialach, zagrałam w filmie „Syberiada”, no i mam swój ukochany teatr.

O.: Zadzwoniłabyś do reżysera i powiedziała, że nadajesz się do jego filmu?

A.W.: Nigdy w życiu.

O.: A gdyby to był Pedro Almodóvar?

A.W.: Tym bardziej. Taki reżyser jak Pedro Almodóvar sam najlepiej wie, jaką aktorkę chce zatrudnić.

O.: A mogłabyś nagle zmienić wszystko w swoim życiu? Stać cię na jakieś totalne szaleństwo?

A.W.: Szaleństwo? Nigdy w życiu. Ja muszę sobie wszystko zaplanować, przemyśleć, kontrolować. Współczuję ludziom, którzy cały czas się kontrolują, bo wiem co przeżywają. Ale.… chciałabym kiedyś tak się w czymś bezrozumnie zatracić.

Moje ukochane:

Zdjęcie

Pogrubiający czarny tusz do rzęs Max Factora zawsze mam w torebce. /Mat. Prasowe
Pogrubiający czarny tusz do rzęs Max Factora zawsze mam w torebce.
/Mat. Prasowe

Zdjęcie

Sukienka  projektu Gosi  Sobiczewskiej  (est by eS). /Mat. Prasowe
Sukienka projektu Gosi Sobiczewskiej (est by eS).
/Mat. Prasowe

Zdjęcie

Wprawdzie nie lubię technologicznych nowinek, /Arch/123RF Picsel
Wprawdzie nie lubię technologicznych nowinek,
/Arch/123RF Picsel


Olivia

Zobacz również

  • Przemek wiesza w windzie roznegliżowane zdjęcia swojej szefowej. Anka jest wściekła i  załamana. Za to fotografie Zaniewskiej w bikini przypadają do gustu Wileckiemu i Gule, którzy z lubością... więcej

Wasze komentarze: 3,

przeczytane przez: 320 osób Dodaj komentarz
Aniołek

~Aniołek -

skoro miała wtedy 16 lat całkiem możliwe,że nie używała co w tym dziwnego ? ;> oj ludzie ludzie ... i uwierzcie Agnieszka jest spokojna,dobrą i faktycznie cichą osobą,znam wiem ! Więc bez linczu

znajoma

~znajoma -

Niestety, tez nie wierzę...:(

Roman K

~Roman K -

Nie wierzę... Agnieszko, przecież ludzie, którzy cię znają czytają czasami artykuły o tobie. Komórki nie używałaś dwa lata? Nie umiesz krzyczeć... wtf?